Strona Główna
Biografia
Dyskografia
Wywiady
Recenzje
Teksty
Fotografie
Tabulatury
Download
M P 3
Linki

FanClub
Sklepik
IRC

Forum
Księga Gości
Kontakt



..:]  W   ywiady[:..


Dyktator Johan i czterech wspaniałych

Niezmiernie rzadko się zdarza się dwukrotnie w ciągu roku gościć w Polsce znany, zagraniczny zespół. Tiamat ma szansę zostać samodzielnym liderem tej nieoficjalnej klasyfikacji częstotliwość występów w naszym kraju, będąc u nas trzykrotnie w ciągu 365 dni. Niedawno piątka Szwedów wystąpiła po raz drugi w 1995 przed polskimi fanami na koncercie rejestrowanym przez kamery telewizyjne w studio S-3 ośrodka TVP w Krakowie. Było to show tylko dla "szczęśliwców", którym udało się wygrać zaproszenia na tą imprezę w radiowych czy też telewizyjnych konkursach. Tych, którym się to nie udało, pragnę pocieszyć. We wrześniu Tiamat ponownie przyjedzie do Polski, tym razem towarzysząc... Black Sabbath!!! Korzystając okazji krakowskiego koncertu przepytaliśmy dwóch głównych Tiamatowców, kolejno: Johana Edlunda (g, voc) i Johnny'ego Hagela (bas).

Iwant : Słyszeliśmy o Waszych problemach z dotarciem do Krakowa.
Johan Edlund : Tak, najpierw staliśmy przez kilka godzin w korku w Niemczech. Nie wiem dokładnie co się stało, bo spałem. Kiedy się obudziłem, stwierdziłem, że nie jedziemy. Musieliśmy czekać około sześciu godzin. Potem jeszcze trochę czasu upłynęło nam na polskiej granicy, no ale w końcu, choć spóźnieni, dojechaliśmy na miejsce.

IW: Czy to Wasz pierwszy koncert w telewizji?
JE: Wlasciwie nie. Robiliśmy tego typu rzeczy także w Szwecji.

IW: Wykorzystacie dzisiaj playbacki?
JE: Nie. Zawsze gramy w stu procentach na żywo. Nawet jeśli są tak specyficzne koncerty jak dzisiejszy

IW: Mówiłeś, że nie jesteś zadowolony z mini albumu koncertowego "Live In Israel". Może warto byłoby zarejestrować nowy materiał na żywo, z tej trasy, już z utworami z "Wildhoney"?
JE: Myślę, że najpierw powinniśmy wydać kolejny album studyjny i może potem pomyślimy o nowej płycie koncertowej. Będzie to chyba podwójny album live, chcemy wydać do tego także kasetę video z tym show, ale to wszytsko jeszcze nie teraz, na pewno nie po "Wildhoney"

IW: Dlaczego właściwie wydaliście mini album "Gaia"?
JE: Nie wiem. Aby sprzedać więcej płyt i zarobić więcej pieniędzy. Ha ha!!!

IW: I tylko dlatego?
JE: Nie. W zasadzie to sam nie wiem, dlaczego tak się stało.

IW: Był to wasz pomysł czy też wytwórni?
JE: Chcieliśmy wybrać parę numerów, głównie z "Wildhoney" i przerobić je.

IW: Kto jest autorem remixów?
JE: Zrobiliśmy to wspólnie naszym producentem Waldemarem Sorychtą. Nie było nikogo z zewnątrz.

IW: Dlaczego umieściłeś na "Gaia" utwór Pink Floyd?
JE: Bardzo lubię ich twórczość. To mój ulubiony zespół.

IW: Ale "When You're In" to nie najbardziej znany kawałek Flydów.
JE: Nie. Kawałek ten nie należy do tych najsłynniejszych. Lubię niemal wszystko, co nagrali i bez względu na to, czy to stary, czy też nowy materiał.

IW: Marzysz o tym, aby wystąpić kiedyś wspólnie z Pink Floyd na jednym festiwalu, może na trasie?
JE: (Z uśmiechem) Mam inne marzenia, które wydają się być łatwiejsze do realizowania. Kiedy one staną się faktem, wtedy może zacznę myśleć o czym takim. W tym momencie nie wydaje mi się, aby było to możliwe.

IW: Okładka "Gaia" to projekt Carlstena Dreshera. Kim on jest?
JE: To człowiek wytwórni, z Century Media. Zajmuje się właśnie okładkami, reklamami itd.

IW: Porozmawiajmy o teledyskach do utworów "Whatecer That Hurts" i "Gaia" . Kto jest realizatorem tych klipów, czyje pomysły są tam zawarte?
JE: Ta sama kobieta realizowała oba teledyski. W przypadku "Whatever..." miała wolną rękę. Mogła zrobić co tylko chciała. Ja byłem zadowolony z końcowego efektu, ale niektóre fragmenty nie bardzo dopowiadały reszcie zespołu. Ich odczucia były mieszane. W przypadku klipu do utworu "Gaia" przekazałem jej swoje wizje i propozycje, ja wg mnie ma to wyglądać. Wykorzystała je, poszła moim i wyszło naprawdę wspaniale. O wiele bardziej lubię ten teledysk od "Whatever..."

IW: Zamierzacie nakręcić trzeciego klipa?
JE: Może, nie wiem. Trudno w tej chwili powiedzieć.

IW: Do którego utworu byłby to teledysk?
JE: Jeśli byśmy nakręcili kolejnego klipa, to do "Do You Dream Of Me?"

IW: Niektóre zespoły po kilku latach działalności wydają tzw. home video, ze wszystkimi klipami, z fragmentami koncertów, wywiadami, z back-stages stories, które wydarzyły się podczas tras. Czy fani Tiamat mają szansę otrzymać coś takiego od was?
JE: Nie wiem. Wydaje mi się, że taka kaseta jest bardziej zabawna dla samego zespołu niż dla jego fanów. Może jest to rodzaj pamiątki, z zarejestrowanymi w porządku chronologicznym koncertami, trasami i innymi wydarzeniami, wygłupami itd. Nie jestem pewien, czy to akurat interesuje fanów. My nie jesteśmy stworzeni do robienia głupot w garderobach przed lub po koncertach. Nie nadajemy się do tego. To bardziej pasuje do Metallicy czy Sepultury, nie do nas.

IW: Na ostatnich dwóch albumach Tiamat, na "Clouds" i "Wildhoney" nie ma podziękowań i podrowień. Dlaczego?
JE: Po pierwsze dlatego, że jeśli zrobilibyśmy taką listę, to byłaby ona niesamowicie długa. Zdecydowaliśmy się na podziękowania najbliższym nam osobom, naszym rodzicom, dziewczynom, z którymi żyjemy. Poza tym uważam, że nie musimy nikomu dziękować, ponieważ to my tworzymy muzykę Tiamat i to inni powinni być nam wdzięczni za to, a nie odwrotnie

IW: Inni muzycy na płytach, inni na trasie. Czy to dobrze wpływa na zespół?
JE: To naprawdę nie jest najważniejsze. Ludzie nie powinni zwracać sobie tym głowy, patrzeć na to, kto jest w zespole, a kogo nie ma. Słuchajcie muzyki, przychodźcie na koncerty, starajcie się zrozumieć cała koncepcję Tiamat, a nie przejmujcie się tym co kto robi i jak długo. Najważniejszy jest obraz i dźwięk. To wszystko.

IW: Zamierzasz współpracować z tymi samymi muzykami przy tworzeniu następnej płyty?
JE: Nie wiem. Jedziemy wkrótce na trasę Black Sabbath, która trwać będzie 3 miesiące. Po niej zrobimy sobie przerwę i nic nie będzie nas wtedy interesować - tylko nowy materiał. Kiedy go napiszemy wraz z Johnn'ym to podejmiemy decyzję, czy któryś z obecnych muzyków pozostanie z nami. Może nie będzie potrzebować perkusisty - kto wie, czy nie wykorzystamy automatu perkusyjnego? Chcemy być otwarci na wiele spraw, nikomu nie obiecywaliśmy, że zostanie z nami na dłużej.

IW: Jesteś dyktatorem w Tiamat?
JE: W pewnym stopniu tak. Skupiam się nad realizacją swych planów i zamierzeń. Czasami jest tak, że aby dojść do celu nie da się pewnych rzeczy ominąć i trzeba iść po trupach. Jeśli chcę coś zrealizować, wtedy to robię, bez względu na metody i skutki.

IW: Utrzymujesz kontakt dawnymi muzykami Tiamat, którzy uczestniczyli w nagrywaniu wcześniejszych płyt?
JE: Z niektórymi z nich tak. Wiesz, nie ma między nami żadnych "kwasów". Rozstaliśmy się w zgodzie, nikt nie ma do nikogo żalu. Jeśli decydujesz się na obranie innej drogi niż reszta muzyków, wtedy owszem, trudno się porozumieć, ale później wszystko mija i można być dalej przyjaciółmi. I w przypadku niektórych "starych Tiamatowców" tak jest. Jesteśmy kumplami.

IW: Co robią teraz? Grają w jakichś bandach?
JE: Tak. Są to małe, lokalne bandy. Nasz pierwszy basista (Jorgen Peterson przyp. Iwant) został niedawno mężem i także ojcem, chwilowo nigdzie nie gra.

IW: Z płyty na płytę twój wokal jest coraz lepszy, rozwija się. Pracujesz nad swoim głosem?
JE: Czy ja wiem? Nie biorę żadnych lekcji śpiewu, ale sam próbuję wyciągnąć jak najwięcej ze swojego głosu. Są to własne, indywidualne próby sprawdzenia, co można z mym głosem zrobić. Jak się okazuje, jest bardzo wiele możliwości wokalnych. Staram się odnaleźć tą część, która najbardziej odpowiada mnie samemu i jednocześnie pasuje do Tiamat. To bardzo trudne, ale drugiej strony fascynujące. To rodzaj eksperymentu, który robisz na samym sobie.

IW: W tym roku wystąpiliście na kilku dużych festiwalach pod gołym niebem. Czy to Wasze pierwsze "Open-Airs" ?
JE: Niezupełnie, ale pierwsze z tak dużych jak np. Dynamo. Masa ludzi....

IW: Lubisz tego typu koncertu?
JE: Generalnie nie mam zdania na ten temat. Na pewno nigdy nie poszedłbym na taki koncert będąc fanem. Ale dla nas jako zespołu, takie Dynamo było bardzo dobre, wspaniała publiczność. Myślę, że od czasu do czasu trzeba zagrać na takich koncertach. To zupełnie coś innego.

IW: Ale czy nie "gryzie" się to waszą muzyką, czy jesteście w stanie stworzyć swe hipnotyzujące show na takim koncercie, czy nie potrzebujecie do tego zamkniętej hali?
JE: Nigdy nie zagramy na festiwalu przy świetle dziennym, to odpada. Wolimy zagrać dla dziesięciu ludzi w nocy, niż dla stu tysięcy, kiedy świeci słońce. Nie możemy niszczyć naszego show, to by nie było to. Koncert wiele wówczas by stracił, byłby nudniejszy, a nie o to przecież chodzi.

IW: Graliście z w tym roku z kapelami hardcore'owymi. Podoba ci się ten rodzaj muzyki?
JE: Nie! W ogóle to do mnie nie trafia.

IW: Mieliście też okazję koncertować wspólnie Samaelem.
JE: Tak. To już czwarty raz! Znam wszystkich muzyków więcej niż dobrze

IW: Co sądzisz o Vorphlacku, moim daniem to bardzo interesująca postać.
JE: Zgadza się. Podoba mi się to, że jest otwarty i szczery, nie boi się mówić tego co myśli. To samo dotyczy całego Samael. Tworzą swój własny, niepowtarzalny styl, nie przejmując się tym, jak to zostanie odebrane. Robią to, na co mają ochotę, cały czas.

IW: Johnny Hedlund z Unleashed, z którym rozmawiałem podczas Metalmanii m.in. o Tiamat, stwierdził, że zupełnie zmieniliście styl, że odeszliście od death metalu. Miał chyba rację....
JE: Tak. Mam płyty Unleashed w domu i czasem ich słucham. Bardzo ich lubię i cenię za wszystko, co osiągnęli. Życzę im wielu sukcesów.

IW: Ale nie jesteś już chyba zwolennikiem death metalu jak przed laty?
JE: Czasem tego słucham, ale naprawdę rzadko.

IW: Piszecie utwory podczas trasy?
JE: Nie. Nigdy.

IW: W dalszym ciągu najlepsze teksty powstają w nocy, kiedy nie możesz spać?
JE: Tak. Zawsze wtedy.

IW: Jak długo jesteście już poza domem?
JE: W tej chwili tylko cztery dni, ale od kwietnia jesteśmy niemal non stop w trasie, tydzień na koncertach, kilka dni w domu i znowu trasa. Tak w kółko. To wspaniałe, ale na dłuższą metę męczące.

IW: Jakie nowe kraje udało Wam się tym razem odwiedzić?
JE: Portugalię i Hiszpanię. W pozostałych krajach już koncertowaliśmy.

IW: Co sądzisz o projekcie waszego producenta, Waldemara Sorychty? Grip Inc. Nie będzie kolidowało to w Waszej współpracy?
JE: Jeśli chodzi o muzykę to nie jest to "Moja Para Kaloszy". Jeśli chodzi o współpracę z Sorychtą, to obawiam się, że może nam to przeszkodzić. Kto wie, czy nie będziemy musieli rozglądnąć się za jakimś nowym producentem.

IW: Jaki jest Johan Edlund prywatnie?
JE: Nie jestem z całą pewnością zbyt otwartą osobą. Lubię spędzać czas w domu, z moją dziewczyną (z Christiną, była oczywiście razem z Johanem w Krakowie, podobnie jak podczas styczniowej trasy Tiamat w Polsce). Wtedy się relaksuję, oglądam telewizję, mam wreszcie czas na nudę. Ulubione żarcie: szwedzkie sandwiche ze szwedzkim mlekiem. Są najlepsze!

IW: Płyta nr 5 ukaże się...
JE: Myślę, że na początku 1996 roku. W listopadzie zaczynamy nad nią pracować.

IW: A skoro już o płytach mowa - 5 twoich ulubionych albumów na dzień dzisiejszy.
JE: O, to trudne pytanie. Na pewno ostatnia koncertowa płyta Pink Floyd i ostatni King Crimson. Co jeszcze, hm... ( Christina podpowiada, że Ep'ka Samaela) tak, "Rebelion" to świetny materiał. Podoba mi się też soundtrack do "Księgi dżungli", jest tam trochę jazzu, funky, doskonała płyta. Co jeszcze, hm, pierwszy album Pink Floyd.

IW: Dzięki Johan, udanego tournee z Black Sabbath i Motorhead po Stanach i ... do zobaczenia we wrześniu w Polsce!
JE: Ja też dziękuję! Pozdrawiam wszystkich czytelników Metal Hammera w Polsce i fanów Tiamat!


Jako, że nie samym Edlundem "Tiamat" żyje, porozmawialiśmy także z basistą Johnny Hagelem, który sporadycznie udziela wywiadów, nie cieszy się popularnością wśród dziennikarzy, a przecież także jest twórcą muzyki tego szwedzkiego zespołu.



IW: Johnny, po Johanie jesteś najdłużej w zespole. Jak doszło do tego, że grasz w Tiamat?
Johnny Hagel: Zobaczyłem ich po raz pierwszy na koncercie w 1992 roku. Stwierdziłem, że to naprawdę dobry band. Minął miesiąc, spotkaliśmy się ponownie na jakiejś muzycznej imprezie. Po niej zadzwoniłem do nich; umówiłem się na próby i tak oto jestem.

IW: Co robiłeś wcześniej?
JH: Grałem w kilku innych, mniejszych zespołach. Ale to nie było nic specjalnego. Nie na takim poziomie.

IW: Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Johanem?
JH: Było OK. Od razu zaczęliśmy rozmawiać na tych samych częstotliwościach, jakbyśmy się znali od lat. Od razu było w porządku.

IW: Jaki był Twój udział w albumie "Clouds"?
JH: Napisałem utwór "The Sleeping Beauty", większość riffów na tym numerze to moja robota. Nie było zbyt wiele czasu na stworzenie czegoś więcej , ponieważ kiedy trafiłem do zespołu, to większość materiału był już gotowa. Poza tym musiałem się skupić na próbach, przećwiczyć zarówno stare jak i nowe kawałki. Było dosyć nerwowo, gdyż brakowało trochę czasu by dograć wszystko do końca, zapiąć na ostatni guzik.

IW: A jaki jest Twój udział w "Wildhoney"?
JH: Dużo większy. Brałem udział w pisaniu niemal wszystkich utworów na ten krążek, oczywiście poza tekstami, którymi zajmuje się wyłącznie Johan. Byłem twórcą nie tylko muzyki, ale też aranżacji i pomysłów na to, jak wszystkie części Wildhoney połączyć w jedną całość. To coś pięknego móc uczestniczyć w tworzeniu tak wspaniałego albumu jak "Wildhoney".

IW: Który materiał ci "leży", ten z "Clouds" czy ten "Wildhoney"?
JH: (bez chwili namysłu) Ten z "Wildhoney".

IW: Dlaczego?
JH: Ponieważ jest to płyta, która brzmi tak, jakbym chciał aby brzmiał Tiamat. Ale to nie znaczy, że nie lubię starych numerów. Niektóre uwielbiam, ale graliśmy je już tyle razy, na tylu koncertach. To jednak trochę się nudzi. Dlatego też wolę ten materiał z "Wildhoney".

IW: Niektórzy twierdzą, że Johan jest dyktatorem w Tiamat. Czy to prawda?
JH: Ha, ha! Nie! Jest tak, że wszystkie decyzje podejmowane są przez niego i mnie wspólnie. Jesteśmy zespołem. Tiamat nie jest jego własnością. Johan nie jest dyktatorem i wcale nie stara się nim być. Znam go bardzo dobrze, on też wie dokładnie jaki ja jestem. Nie ma między nami żadnych animozji.

IW: Jesteś zadowolony z "Wildhoney Tour". Czy to wasze największe tournee?
JH: Tak. Ponieważ teraz gramy "własne" koncerty, tzn. takie jak chcemy. Gramy jak długo chcemy, mamy własne światła, swój wystrój sceny, swoją technikę. Trasa odbywa się pod naszzym kątem i to nam odpowiada. Chcielibyśmy tak pracować w przyszłości.

IW: Gdzie był najlepszy i najgorszy koncert tej trasy?
JH: Najlepszy? Hm...

IW Najlepszy będzie pewnie dziś!
JH Ha, ha, tak! Najgorszy był... aaa... hm... nie wiem. Chyba w Dani. Graliśmy razem z Type'O'Negative. Publika nie przyjęła nas zbyt ciepło, oni przyszli tylko na Type'O'Negative. I to był najgorszy koncert. A najlepszy? Było wiele dobrych sztuk.

IW: Słyszeliśmy wiele dobrego o waszym występie na "Dynamo Open Air".
JH: O tak! Na Dynamo było ekstra. To największa widownia przed jaką kiedykolwiek grałem. Na pewno Dynamo należy do naszych najbardziej udanych koncertów. Lubię też występy w Polsce, dla waszej publiczności, w Warszawie czy Katowicach.

IW: Jak się układa współpraca z nowymi muzykami?
JH: Oni są w zespole po to, aby grać. W zasadzie trudno nazwać ich pełnoprawnymi członkami Tiamat. Nie muszą grać dokładnie tak jak na płytach, mają pewną swobodę, mogą wprowadzić coś od siebie. Oczywiście bez przesady.

IW: Jak myślisz, zostaną z wami na dłużej?
JH: Trudno wyczuć. Nie ustaliliśmy z nimi czasu grania z Tiamat. Mięli zrobić z nami cała trasę. Ale co będzie dalej, czy potrwa to dłużej? Kto wie, być może tak się stanie. Spodobało im się to, co robią Zobaczymy...

IW: Jaki jesteś prywatnie, czy mas rodzinę, jakie są twoje pozamuzyczne zainteresowania?
JH: Nie założyłem jeszcze rodziny. Moja familia to moi rodzice i brat. Hobby - oczywiście muzyka, ona jest moim życiem i przesłania mi wszystkie inne sprawy. Interesuję się też sportem, szczególnie piłką nożną. Jeśli mam trochę wolnego czasu wybieram się do kina, mogę też zobaczyć jakiś film na kasecie video. Ale wolę oczywiście kino. To zupełnie coś innego. Spędzam czas w domu, w spokoju. Szczególnie wtedy, kiedy wracamy z trasy, gdzie codziennie spotykasz i poznajesz setki ludzi. To już po pewnym czasie jest męczące, a na dłuższą metę nudne. Poza tym przez cały czas przebywasz z tymi samymi ludźmi w autokarze. Przyjemnie jest się od tego wszystkiego odciąć i pobyć trochę samemu w domu.

IW: 5 twoich ulubionych albumów?
JH: Nowy Pink Floyd Live, nowa płyta Bjork też jest w porządku, co jeszcze? "Dark Side Of The Moon" Floydów, "Rebelion" Samaela.

IW: Wkrótce wyruszacie na trasę, tym razem z Black Sabbath.
JH: Tak. Jutro gramy jeszcze w Pilźnie w Czechach. Potem mamy festiwal w Niemczech, wracamy na kilka dni do domu, aby później zagrać na Roskilde Festival w Danii. Tuż po tej imprezie wylatujemy na miesiąc do Stanów wraz z Black Sabbath i Motorhead. Wracamy do Europy pod koniec sierpnia i zaczynamy europejskie tournee już z samymi "Sabbs". Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy!

IW: Ja też ! Zatem, udanej trasy po Stanach i do zobaczenia!
JH: Dzięki! Do miłego.

IWANT

..::] Wstecz [::..





Dzoj.pl