Strona Główna
Biografia
Dyskografia
Wywiady
Recenzje
Teksty
Fotografie
Tabulatury
Download
M P 3
Linki

FanClub
Sklepik
IRC

Forum
Księga Gości
Kontakt



..:]Recenzje[:..


TIAMAT

Prey

Prey Cover

Zapowiadało się co najmniej intrygująco. Według znawców tematu (czyli analityków finansowych Century Media ;-) płyta "Prey" miała podsumować ostatnie dziesięć zespołu. Z uporem maniaka zapewniano o różnorodności materiału i nawiązaniach zarówno do "Wildhoney" jak i do "Judas Christ". Wiadomo nie od dziś, że takim obietnicom nie powinno się zawierzać, zbyt często bowiem mamy do czynienia z żerowaniem na sentymentach fanów. Nie inaczej jest w przypadku babilońskiego bóstwa.

Zaczyna się obiecująco. Singlowy "Cain" faktycznie w jakimś stopniu wskrzesza "klimatycznego" ducha przeszłości. Cięższe gitary, niepokojąca aura, zapadająca w pamięć melodia, niski śpiew Johana ... Wiedzieli panowie co wstawić na początek, by zwabić słuchacza w dźwiękową sieć. To zdecydowanie jeden z najciekawszych fragmentów "Prey". Trudno jednak na jego podstawie wyrobić sobie zdanie o całości materiału- choćby dlatego, że Tiamat faktycznie zadbał o różnorodność nastrojową i stylistyczną. Nie ma to jednak nic wspólnego z kunsztem "Wildhoney i "A Deeper Kind of Slumber". "Prey" zdecydowanie więcej wiąże z ostatnimi dwoma krążkami Szwedów - tyle tylko, że judaszowa dynamika została zastąpiona modlitewnymi wynurzeniami :-) Owszem, nie brakuje bardziej energicznych momentów (solidny "Light in Extension", przebojowy "Love in Chains" i wtórujący mu "Clovenhoof"), jednak jako całość "Prey" brzmi bardziej klimatycznie, bardziej stonowanie niż jego poprzednik. Metalowe naszywki już na dobre zostały odczepione - dziś Tiamat więcej wspólnego ma z prostym rockowym graniem niż z jakąkolwiek odmianą łomotu. Ciężkawe gitary ozdabiane klawiszowym haftem i melancholijnym wokalem Johana to fundament każdego kawałka. Mimo prostoty przekazu, "Prey" wcale nie należy do krążków, które wchodzą zaraz po pierwszym przesłuchaniu. Najwięcej problemów oczywiście będą mieli fani babilońskiego bóstwa, którym wciąż marzy się fenomen na miarę "Wildhoney". Współczesny Tiamat to już zupełnie inna bajka, zupełnie inna penetracja dźwiękowych lądów. "Carry Your Cross An I'll Carry Mine" (z kobiecym wokalem, głos Johana pojawia się tylko w refrenie i też wyłącznie w tle) z powodzeniem mógłby zawojować listy przebojów. Tiamatowi bliżej tu do dokonań Hima niż do swej mrocznej przeszłości. Niemniej zaskakuje kawałek tytułowy - nieprzyzwoicie spokojny, monotonny smęt (nawet głęboka drzemka nie wprowadzała w stan takiego marazmu) z odgłosem starego zegara. Intryguje "The Garden of Healthen" - elektroniczno- akustyczna miniaturka zgrabnie komponuje się z dynamicznym "Clovenoofem". Uwagę przykuwa "Nihil", oparty przede wszystkim na klawiszach, perkusji i zaspanym głosie Johana. Koneserzy rozleniwionej melancholii nie pogardzą melodyką "Winds of Heaven" i marzycielstwem "Divided".

Teoretycznie "Prey" powinien przypaść do gustu miłośnikom "klimatycznego" grania. A jednak nie można postawić w tym przypadku tak jednoznacznej diagnozy. Bo to jedynie mrzonki po fenomenie "Wildhoney" czy "A Deeper Kind of Slumber". Tiamat balansuje na granicy kiczu i artyzmu średnich lotów. Bo obok solidnych, interesujących kawałków (klimatyczny "Cain", dynamiczny "Light in Extension", zbyt krótki "The Garden of Healthen", oryginalny "Nihil") na "Prey" nie brakuje niedopracowanych odpadków, by nie rzec przypadkowych gniotów. Wcale nie jest tak, że to krążek lepszy od poprzednika, wcale nie jest trudniejszy w odbiorze i bardziej wymagający. Trzeba w końcu pogodzić się z faktem, że obecnie ambicje Edlunda ograniczają się do pisania niezobowiązujących przebojów, które wylatują z pamięci równie wdzięcznie jak się do niej przedostały. Nienajgorszych, ale dalekich od oczekiwań fanów, pamiętających twórczość z lat 90- ych.

Ocena: 5/10

Małgorzata Gołębiewska
Źródło: Strefa Klimatyczna

..::] Wstecz [::..





Dzoj.pl